Jestem
dwudziestojednoletnią wielką, zagorzałą fanką Igrzysk śmierci
i znajduję się na dobrej drodze do psychofanostwa. Serio.
Dotychczas
pisałam głównie zwariowane fanfici — muszę ze wstydem przyznać,
że moim pierwszym ukończonym projektem (tak nazywam w
myślach moje opowiadania, które zawsze urastają do rozmiarów
powieści) jest tzw. skrótowo SOE, czyli Sinusoid of
Emotions, w którym pierwsze skrzypce gra Juniper Carter i Jonas
Brothers, czyli zespół, będący dla niej symbolem komercyjnego
zepsucia. Prowadzi regularne wojny z Joe, ale w pewnym momencie…
(tu reszta staje się oczywista). Drugi z wielkich projektów
(po drodze pojawiło się kilka innych, które odpadły w
przedbiegach, tzn. skończyły się na jednym rozdziale albo zarysie
ogólnej wizji) nazywał się Restless Hearts (Niespokojne
serca, skrótowo RH). Ten z kolei traktował o dwóch
Polkach, które podczas pobytu w Anglii trafiają przypadkiem na
przesłuchanie do X-Factora, a później rywalizują, przyjaźniąc
się jednocześnie, z zespołem One Direction.
Tak,
wiem. Jestem szalona.
Chciałam
rozpocząć opowiadanie fanfiction o Igrzyskach, ale pomysł
legł w połowie pierwszego rozdziału, ponieważ pomysłowością i
talentem nie dorastam Suzanne Collins do pięt.
Nie
twierdzę, że nie usiłowałam stworzyć czegoś własnego,
ale za każdym razem zadanie okazywało się przerastać moje siły.
Bo zbudowanie świata przedstawionego od zera wymaga skupienia i
przemyślenia wszystkiego, ustanowienia pewnej wewnętrznej logiki,
podobnej tej, która kieruje naszą rzeczywistością, musi wyglądać
prawdziwie. A to, niestety, nie jest moją mocną stroną. Mogłabym
pisać przepiękne komedie, bo teatralność gestów moich postaci
jest wręcz plastikowa. Pisanie dramatów jednak mnie nie kręci.
Nie
uważam też, że Imadło zmieniło cokolwiek w tej kwestii.
Po prostu prezentuje ono kolejny kroczek — dla mnie milowy, dla
świata zaledwie tip-top — w pisaniu prozy. Jako studentka
filologii polskiej wstydzę się swojego warsztatu, ale fakt ten w
ogóle nie wpływa na moją motywację. Ba, ona rośnie z każdym
dniem — zwłaszcza jeśli akurat zostało kilka tygodni do sesji. W
tym roku doszła również praca licencjacka, a zatem wyobraźcie
sobie, jaki mam zapał do pisania!
To,
co teraz widnieje na blogu: pierwszy rozdział, ubogie podstrony
postaci (ostrzegam, że nie będą rozbudowywane, bo nie temu mają
służyć) — to wszystko wkrótce zostanie zmienione. Czytając
swoje marne wypociny, stwierdziłam, że coś tu trzeba zrobić, bo
to nie tak marnie ma wyglądać. Wszystko ulegnie gruntownej
przebudowie. (Pomijam już fakt, że kardynalnym błędem było
rozpoczęcie pisania bez pełnej fabuły. Ale co zrobić, kiedy palce
tak świerzbią…).
W
tej chwili jestem twórczo czynna także na Delicate Vampire (patrz:
linki u góry strony). Piszę dla nich jako Rose.
Prywatnie
nazywam się Karolina i naprawdę skończę dwadzieścia jeden lat
pierwszego grudnia, i naprawdę mam bzika na punkcie Igrzysk
śmierci (dziś zamówiłam droga bluzę, przez co mój słaby
zasób pieniędzy na koncie jeszcze bardziej się uszczuplił). Jak
wspomniałam, studiuję dziennie filologię polską na specjalności
edytorstwo i redakcja, na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. I od
kilka tygodni mam fazę na trzy piosenki:
—
Arshad, Ashes
—
Lorde, Yellow flicker beat
—
Florence and the Machine, Rabbit heart
Jestem
blondynką, więc robię i mówię głupie rzeczy, popełniam
infantylne błędy, mogę gadać w nieskończoność, muszę schudnąć
piętnaście kilo i mam słabość do słodyczy. I kiepskich facetów.
Będziecie
trzymać kciuki, żeby Imadło
okazało się dziełem mojego życia? Bo ja postaram się z całych
sił do tego doprowadzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz