Zawsze najtrudniej jest zacząć. Otworzyć jedno oko, potem
drugie. Wstać wczesnym rankiem, zwlec się z łóżka, pójść do
łazienki, umyć twarz zimną wodą i znów powłóczyć się do
swojego pokoju. Wówczas następuje chwila zwątpienia: opada się
ciężko z powrotem na niepościelone łóżko, marząc o tym, by móc
do niego wrócić. Później wystarczy tylko założyć soczewki,
szeroki t-shirt z nadrukiem ulubionego zespołu, krótkie spodenki w
„hawajskie” wzory, śnieżnobiałe skarpetki-stópki,
najwygodniejsze na świecie buty, odtwarzacz mp3, słuchawki i można
wyruszyć w trasę.
Na początku stopy leniwie i ociężale odrywają się od
nawierzchni, ledwie nad nią zawisając na czas podnoszenia, później
mięśnie się rozgrzewają, krok staje się sprężysty. Energiczna
muzyka wyzwala motywującą do działania adrenalinę. Ruch
charakteryzuje lekkość. Kiedy myśli nie koncentrują się na
wykonywanej czynności, nie czuć zmęczenia ani nawet tego, że się
biegnie. Nie istnieje nic poza wewnętrznym światem wyobraźni, nic
poza oddechem, który pali w płucach, gdy te pierwszy raz
zachłystują się innym powietrzem. Po kilku minutach ból ustaje i
wszystko się wyrównuje. Kiedy mija kwadrans, organizm przestaje
korzystać z energii pozostałej z węglowodanów i zaczyna się pot.
Pod koniec godzinnego biegu, blond włosy Charlene Prize odstają
na wszystkie strony świata, twarz przypomina kolorem rdzennego
Amerykanina, natomiast koszulkę można by zacząć wyżymać jak
szmatę. Dresowa bluza typu kangur jest przesiąknięta zapachem
potu. Charlene zrzuca to wszystko z siebie tak szybko, jak to tylko
możliwe, i wskakuje pod prysznic.
I tak co drugi dzień.
Po poniedziałkowym treningu, Charlie, wyszorowana, pachnąca i
odświeżona, z mokrymi włosami, weszła na wagę z nadzieją, że
tym razem ujrzy coś, co ją choć w małym stopniu satysfakcjonuje. Niestety, i tym razem spotkał ją ogromny zawód, bo elektroniczny
wyświetlacz pokazał przykre dla jej oczu liczby. Wyglądało na to,
że ten rok szkolny rozpocznie niewiele lżejsza niż w poprzednim. A
do tego nie pozostało dużo, bo zaledwie tydzień.
To lato nie należało do najszczęśliwszych w jej życiu; od
rana praca w barze, wieczorami kłótnie z mamą. Czasem przepadała
na całe dnie, bo tak długie dostawała dniówki. Kiedy wracała swoim
zdezelowanym chevroletem sparkiem o drugiej w nocy, sił starczało
jej jedynie na kąpiel i sen. Cieszyło ją to jednak — w ten
sposób zapychała myśli, zmuszona skoncentrować się na pracy.
Mojito? Połówka limonki podzielona na cztery części,
utarta z cukrem trzcinowym i miętą. Na to skruszony lód,
pięćdziesiątka Baccardi Superior, uzupełnić zimną wodą
gazowaną. Jakieś mieszadełko, dwie rurki. Sex on the Beach?
Czterdziestka Malibu, wódka limonkowa, likier brzoskwiniowy, lód,
setka soku pomarańczowego — wszystko wrzucić do shakera, przelać
do naczynia i skropić Grenadinem… Konieczność skupienia się na pracy
pomagała wygonić niechciane myśli, które dopadały ją, ilekroć
nie miała nic do roboty. Zajęte ręce oznaczały więc zajęta
głowę, choć nie zawsze. Zmywanie naczyń było na tyle
automatyczne, że i wówczas dręczące obrazy wdzierały się do jej
świadomości i nie pozwalały normalnie funkcjonować.
Wolne miała zaledwie trzeci dzień, a już nie wiedziała, co z
sobą zrobić, jakie zadania planować, byle nie da się wciągnąć
w wir wspomnień. Byle tylko nie musieć się znów nad sobą użalać.
Ubrana, z suchymi włosami, zeszła na parter, do kuchni
połączonej z salonem i jadalnią, w której urzędowała już mama,
wesoła jak szczygieł i precyzyjna jak zawodowa kucharka. Z jednej
strony przewracała jajecznicę, żeby się nie przypaliła, z
drugiej zalewała herbaty. Charlie poczuła, jak zalewa ją fala
niechęci i wstrętu na widok tak rozanielonej matki.
— O, dobrze, że już wstałaś — usłyszała. Alexandra Prize
w ogóle nie zawracała sobie głowy ponurą miną córki. —
Przypilnuj jajecznicy, ja już muszę uciekać. Nie mogę się
spóźnić, bo w tym roku znowu trwa losowanie weekendowego pobytu w
SPA dla dwóch osób. Im lepsza opinia u szefa, tym większe szanse
na wygraną.
Całkowita przypadkowość, przemknęło Charlie
przez myśl.
Alexandra wyszła zza wysepki kuchennej ubrana w granatowy komplet
— spódniczkę do kolan i żakiet, pod spodem zaś miała
śnieżnobiałą koszulę. Cały ten zestaw podkreślał jej
nienaganna figurę, której sama Charlie mogłaby pozazdrościć.
Stukając energicznie obcasami, podeszła do małego taboretu obok
wysepki i zabrała z niego swoją torebkę. Rzuciwszy pogodne „pa”,
nawet się przy tym nie odwróciwszy, opuściła dom z kluczykami do
samochodu w ręce.
Charlene Prize miała wszystko to, czego pragnie każda
siedemnastolatka w USA: piękny dom, własny różowy pokój, swój
samochód, dobre oceny… Ale nic z tego, co posiadała, nie było
naprawdę jej. Dom urządziła mama, nie pytając reszty domowników o zdanie. Kolor ścian w jej pokoju też był częścią projektanckich
zamysłów pani Prize — niekwestionowalnych, trzeba dodać. Jeździła
chevroletem sparkiem, bo mama dostała firmowego forda i nie
wypadało prowadzić takiego „rzęcha”. A uczyła się dobrze, bo
nic innego nie umiała robić. Nie można jednak powiedzieć, żeby
rodzice Charlie byli wyrodni, obojętni, źli. Bywały takie momenty,
kiedy — zebrani przy jednym stole — wydawali i czuli się
szczęśliwi. Chwilę potem zawsze się jednak wydarzało coś, co
rozbijało ten obrazek jak porcelanę — w drobny mak.
Bo państwo Prize mieli pomysł na swoje życie. A że dzieci są
jego częścią, to i one stały się kolejnym punktem planu.
Nadrzędnym celem egzystencji Craiga Prize’a było uczynić swojego
syna koszykarzem, jakim i on w przeszłości miał być. Nie
zrealizował swojego marzenia przez kontuzję kolana, która na
zawsze wykluczyła go z gry. Tommy, owszem, miał talent, ale mniej
chęci. Nie poddawał się jednak i dzielnie trenował w miejskiej
drużynie juniorów. Charlie została zaś przeznaczona do walki z
niesprawiedliwością, bo Alexandra Prize oblała czwarty rok studiów
prawniczych. Ale Charlie nie w głowie było zapamiętywanie całego
kodeksu cywilnego, nauka o dawnych systemach politycznych, czy
aplikowanie do najróżniejszych kancelarii. Alexandra Prize nie
przyjmowała jednak tego faktu do wiadomości, ignorując wszelkie
próby dyskusji, prośby i groźby.
Charlie podeszła z westchnieniem do kuchenki elektrycznej,
złapała za łopatkę i podniosła jajecznicę na patelni, żeby się
nie przypaliła. W tym czasie do wysepki doczłapał się Tom, z oczu
robiąc jedynie małe szparki i mierzwiąc blond czuprynę. Usiadł
na taborecie i podparł głowę ręką.
— Jest coś do jedzenia? — wymamrotał niezadowolonym tonem.
— Nie, dziś głodówka — sarknęła Charlie.
Zapadło milczenie. Ona skupiała się na jajecznicy, on na
powrocie do rzeczywistości.
— Dla kogo ta jajecznica? — zapytał.
Prize przewróciła oczami.
— Dla nas, matole.
Wyłączyła palnik, wyjęła talerze i zaczęła na nie nakładać
dwie równe porcje śniadania. Dorzuciła do tego po dwa tosty, po
czym zajęła miejsce na wysokim krześle przy wysepce, naprzeciw
brata. Tommy, który jeszcze minutę wcześniej upominał się o
posiłek, teraz gmerał widelcem w jajecznicy, podpierając głowę
ręką.
— Stresujesz się? — spytała Charlie. Tommy przytaknął. —
Przecież rozpoczęcie dopiero za tydzień! Jak ja sobie dałam radę,
to ty też dasz.
Tom przełknął głośno ślinę.
— A jak mnie nie polubią? Co, jeśli będę szkolną ofermą?
Spojrzała na niego, jakby plótł androny.
— Nie przesadzaj, okay? Idziesz do jednego z najlepszych liceów
w Trenton. Tam chodzą porządni ludzie.
Brat był chyba nadal nieprzekonany.
— Elitami się nie przejmuj. Są w każdej szkole, zaufaj mi.
Lepiej omijać takich z daleka. Ich sława kusi i przyciąga, wzbudza
zazdrość, ale to nic fajnego — być na językach całej szkoły.
Zresztą pewnie dostaniesz się do szkolnej drużyny kosza, to w
szatni usłyszysz od niejednego ważniaka co nieco. Wtedy skojarzysz,
że ich świat to nie nasz świat.
Tom zaczął wreszcie jeść.
Do końca tygodnia padał deszcz, dzień w dzień, niemal bez
przerwy. Prize zrezygnowała z biegania w taką pogodę i ćwiczyła
w domu, na rowerku do ćwiczeń swojej mamy. Dużo myślała też o
sytuacji Tommy’ego, który zwykle był raczej wrzodem na tyłku,
ale przez stres zmięknął i dało się z nim normalnie porozmawiać.
Choć stan ten był nietrwały, to dawał jej pewne poczucie spokoju
i harmonii. Wszystko odzyskiwało właściwy tor, nerwy odeszły.
Przynajmniej w kwestii brata, bo myśl o własnej sytuacji
doprowadzała ją do palpitacji serca.
Zbliżała ostatnia klasa liceum. Matura, studniówka — to
wszystko zaprzątało jej głowę o wiele za wcześnie, ale zdała
sobie sprawę, że za kilka miesięcy będzie musiała ulec albo
sprzeciwić się matce, której niezłomna silna wola i upartość
nie pozwalały na przyjęcie do wiadomości faktu, że być może
córka nie ma najmniejszego zamiaru być przedłużeniem jej marzeń.
Charlie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że sprzeciw pozbawi
ją dachu nad głową, ale zgoda unieszczęśliwi na dobrych kilka
lat. Kompromis nie wchodził w grę, bo w tym położeniu nie
istniał.
Wrzesień ozłocił wszystkie drzewa w Trenton jak za dotknięciem
magicznej różdżki. Obniżył temperaturę, nie zabierając przy
tym słońca. Wraz z pierwszym dniem tego miesiąca, deszcze
ustąpiły. Kawiarnie, zamiast Mojito, zaczęły wydawać
gorące czekolady i rozgrzewające herbaty, wieczory zaś stały się
idealne do siedzenia z książką i lampką nocną na dużym
parapecie, wpatrywania się w przechodniów i myślenia o chylącym
się z wolna ku końcowi roku, o żalach i radościach, o planach na
przyszły. Charlie z nostalgią wspominała wysokie temperatury i
lekkie ubrania, które na najbliższe pół roku poszły w odstawkę.
Od jesieni wolała już zimę. Zastanawiała się, jak będą
wyglądały tegoroczne święta i co przyniosą najbliższe dni. Mimo
życia w czteroosobowej rodzinie, czuła się samotna w pełnym domu.
Pierwszego września Tommy musiał wypić dwie herbaty z melisą,
żeby w drodze do szkoły nie umrzeć ze strachu. Charlie przyjęła
ten fakt, kręcąc pobłażliwie głową. Nie czuła przyspieszonego
bicia serca. Dostanie plan, przeżyje pierwsze zajęcia w nowym roku
szkolnym, wróci do domu i zanurzy się w książce — pech chciał,
że akurat nie na parapecie. Nic trudnego. Całe szczęście, Tommy
nie wybierał się do tej samej szkoły, co ona. Chodzić z
rodzeństwem do liceum to nic przyjemnego, bo każde ma swój świat,
do którego brat lub siostra nie powinni mieć wglądu. Powszechnie
uznane jest przecież przysłowie: Im mniej wiesz, tym lepiej
śpisz.
Charlie kończyła akurat tosta z masłem orzechowym, kiedy jej
uszu dobiegły słowa:
— Wiesz już, na jakich przedmiotach chcesz się skoncentrować?
Z ledwością przełknęła przeżuwany akurat kęs. Matka
krzątała się w pośpiechu po kuchni, byle tylko nie spóźnić się
do pracy. SPA to przecież nie byle co.
— Nie — wymamrotała Charlie, nagle zainteresowana zdobieniami
na talerzu.
Na twarzy Alexandry Prize pojawiła się zmarszczka podejrzenia,
łącząca się później zawsze z gniewem.
— Przecież już ci mówiłam — powiedziała.
Charlie zacisnęła palce na kubku z herbatą. Przystawiła go do
ust, wzięła łyk i machinalnie odstawiła na miejsce, ale nie
puściła. Na wszelki wypadek.
Powoli wzbierała w niej fala tego uczucia, które bywa trudne do
utrzymania na wodzy. Czuła, jak rodzi się w niej zarzewie buntu.
Serce biło głośno i z mocą, czyli w najmniej chciany sposób.
— Ale ja myślę nad czymś innym.
— Jak to?! — Głos pani Prize przybrał chyba zdecydowanie o
wiele bardziej stanowczy ton, niż sama zamierzała mu nadać, bo
wydała się trochę zmieszana.
Charlie przymknęła na chwilę oczy, znając już dalszy
scenariusz, a nie zapowiadał się dobrze.
— Tłumaczyłam ci, mamo — odparła, siląc się na spokój.
Puściła kubek, by móc gestykulować. — Wiem, że bardzo byś
chciała, żebym została prawniczką, ale ja nie jestem przekonana
do tego pomysłu. Prawo mnie nie interesuje.
— A co to ma do rzeczy?! — zaperzyła się tamta, nerwowo
przewracając naleśniki na patelni. — Adwokat to porządny zawód
— daje niemałe pieniądze, a do tego służy wyższym celom. Czy
nie tego byś chciała? Zawsze mówiłaś o wartościach, a prawo je
wspiera. A teraz nagle mówisz, że cię to nie interesuje. Zresztą
tu nie ma co interesować. Pracowanie dla prawa jest po prostu
właściwe.
— W takim razie chyba nie chcę postępować właściwie —
odparła złośliwie Charlie. Odechciało jej się jeść. — Prawda
jest taka — ciągnęła, czując narastający gniew — że
najzwyczajniej w świecie chcesz, żebym zrobiła to, czego ty nie
mogłaś. Wymyślasz jakieś durne argumenty, które rzekomo mają
mnie przekonać, ale tak naprawdę już sobie postanowiłaś, że
zrobię tak, jak ty chcesz. Problem w tym, że ja wcale nie zamierzam
tak zrobić. Nie będę przez kilka lat gnić na uniwersytecie,
studiując coś, co podoba się tobie, a nie mnie. Zrozum wreszcie,
że nie zamierzam być twoim odbiciem. — Charlie zeskoczyła z
krzesła przy wysepce i podeszła do listwy z wieszakami na kurtki
niedaleko drzwi wyjściowych. Pod jej jeansową kataną leżała
czarna, skórzana torba.
— Dopóki mieszkasz pod moim dachem…
— Och, proszę cię, naprawdę? Mieszkanie z rodzicami pod
jednym dachem nie oznacza uleganie im w kwestiach, które ich nie
dotyczą. Ostatni raz powtórzę: NIE BĘDĘ ŻADNĄ ZASRANĄ
PRAWNICZKĄ!
Wyszła, z impetem zatrzaskując za sobą drzwi. Czuła, jak serce
mocno uderza w piersi, jak przyspiesza jej kroki. Gniew buzował w
żyłach, nie pozwalając Charlie skupić się na tym, co przed nią
stało — powrocie do szkoły po wakacjach. Starała się zmienić
kierunek myśli, ale za każdym razem zbaczały w tę samą ścieżkę.
To nie pierwszy raz, kiedy rozmowa z matką o szkole kończyła
się trzaskiem drzwi. Charlie czuła, że granice jej wytrzymałości
z każdą kolejna kłótnią drastycznie się naginają, a lada
moment — pękną jak za mocno naciągnięta struna. Nie obchodziło
ją, jaką drogę wybiera, chciała tylko iść i nie musieć się
zatrzymywać, żeby „wychodzić” gniew, odzyskać równowagę.
Nie przywiązywała szczególnej wagi do tego, co mija, bo myśli
zupełnie zagłuszyły wszystkie zmysły i przejęły kontrolę nad
prostymi czynnościami. Szła tak zdeterminowana, że niektórzy ze
strachu omijali ją szerokim łukiem.
Gdy emocje opadły, zatrzymała się na środku chodnika i
zrozumiała, że znalazła się o wiele ulic za daleko od celu swojej
podróży. Rozejrzała się dookoła i wiedziała, że wyjście z tej
pułapki zajmie jej tyle czasu, że już nie zdąży. A może
jednak, pomyślała z nadzieją, spojrzawszy na zegarek. Z
miejsca zerwała się do biegu.
Precyzyjnie wymijała poruszających się wolno jak muchy w smole
przechodniów, odhaczała kolejne budynki, które przypominały jej,
że jest coraz bliżej. Gnała, ile sił w nogach, w płucach znowu
poczuła nieprzyjemne palenie, ale nie poddawała się, bo nie mogła.
Zerkała na zegarek na przegubie i narastał w niej niepokój. I
jeszcze te długie światła na przejściu dla pieszych…
Na horyzoncie wreszcie ukazał jej się cel podróży i skoro
tylko śmieszny ludzik na sygnalizacji świetlnej zmienił kolor na
zielony, puściła się sprintem na drugą stronę.
Pod szkołą ani żywej duszy. Na korytarzach również pustki. W
sekretariacie dostała swój plan i już wiedziała, na co się
spóźniła: to hiszpański padł ofiarą jej gniewu. Bez zwycięstwa.
Kiedy energicznie nacisnęła klamkę sali, wszystkie oczy zwróciły
się ku niej. Poczuła, jak ciepło uderza ją w policzki.
— Przepraszam za spóźnienie.
Nauczycielka jedynie przytaknęła głową i ręką wskazała
wolne miejsce, ale nie skomentowała w żaden sposób faktu, że jej
uczennica przyszła dziesięć minut za późno. Kontynuowała
lekcję, jak gdyby nigdy nic.
Sama nie wiedząc jak, wytrzymała lekcje do czternastej, ale
wizja powrotu do domu wydała się jej nieciekawa. Każdego kolejnego
dnia ta sama wizja stanowiła okropną perspektywę. Starała się
wracać wolnym krokiem, wpadać na herbaty do kawiarni, odwiedzać
księgarnie i centrum handlowe. Widok obrażonej matki napawał ją
takim obrzydzeniem, że na samą myśl przestawała odczuwać głód.
Któregoś dnia wymyśliła zupełnie inną rozrywkę, byle nie
musieć pojawić się w domu na czas. Już od drugiego dnia szkoły
swoje treningi rozpoczęła drużyna futbolu europejskiego. Pogoda
sprzyjała, więc zajęcia odbywały się na świeżym powietrzu,
przy towarzystwie zachodzącego leniwie, złotego słońca. Wraz z
dzwonkiem oznaczającym koniec historii, Charlie skierowała stopy na
trybuny piłkarskie.
_________________________
Krótko, ale na temat. Wprowadzenie chyba mi jednak nie wyszło...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz